niedziela, 5 czerwca 2011

Cybulice Małe, Warszawa 2011-06-01,02


Skała drgała chlupot płot smoła las potok liście rwący tracz gęba stołek jest kalambur zmiata spokój goła trwoga Hiszpan jurny pospolitość figle trwoga klimek jagnię lis potworny ubezpiecza szkolna listwa emigracji spadek głowa róża trwoga piekło światło klucha fisza pięść pokoje długa chmara ziemny powój klinkier piasek smoła mrówka lipa drzewce dłuto sprawa pisze grudka gniewna kita pizza puszcza jajo klapa kilim prężny jutrznia rącza pismo oko ucho broda Jurek grzybek figa encja klepka postrach jatka yeti piwo kiszka pasta jabłko Uzbekistan jesiotrowi dymi skrucha lipna trzepie koc pożoga jutrznia huczna wielkie progi utworzony specjał wrotek jeziorami pchłami wieje opłotkowa gnuśna strawa pikanteria smaga trudy za kwadratem rusza smuga od którego figle hura kiedy trampek szuka pióra kurzej dłoni wieść przebrzydła na manowcach roni klapa od twardziocha smutna kula północ smaga hełm traw zielonych fuga jędrna opłatkowo serio drwina Hugenotów szlam spaliny marchew klapa dysza sznurek piekło mieszkać w druga strona znosić jakość hiperbola kołomyja płonie strzecha kino postać fotel plusz kutwa chłoszcze nigdy już pohukiwał z ranną treścią juczny korab twierdzenie pozwala kapitański utwardzeni typografia hospitacja wytrzeźwienie zapalenie grzybki listwa kur parada wnętrze słoma bida gnida hamuj klaster klaser klasa pismo pasmo pięta próba piwo piana próchno przędzie płynny potwarz grupa smagła rusza polka grupa form linia klisza alabaster smętny rybak protoplasta kusi myśli chowa kiszka potylica miska pełna forma zgrabna liszka wstrętna pałka tępa piłka krągła zmora dusi szczeka pies myśli robak trąbi jeż kupa luda brukiew zbroczona histeria dzielona materii osłona czarnego Ludwika spacerowa błona zmienna szpada zazdrości w kruchy smar zapada zgniłek sprzedaż kuchta kruchta piernik zmielić wieprz galareta wykrztuśny pajac dmuchany wyskok pierwszego smyka goni fizyka potrząsam Wami klucze pieczone chybotliwego spłyca kalosze gitara hula figle kolebie dopada rozum gnidy w rosole kaleka zupa jutrznia dzierlatka patefon smuga jesienny gulgot samopał wieszczy rącza poklatka wyborny chichot podniebne tarcia kukułka plwocin stóg spaja chybki wytworny pagaj zamieci skrzętny toporna stuła wyciera gwiazdy rozmyty szrapnel w guzika wirze wypraszam gleby pokorne jatki zapijać prosty girlandy zapas wejrzenie czystą przecierać dratwy zapalać figle skalpela spokój wytworna mania spopiela gułag wybredny getta jabłeczny katar jagoda tyczka dynia pagoda witryna strata ubojnia witraż gazeta typek dymiąca darń spokojny wypał fatyga lepsza zakryty odwłok wypruwa szynka utopia słona wyprawia sztychy fanfary smyki patyczak skory kotła piekarnia zapala jadło gaduła tworzy fajansu tafla filuternego wyprasza jonu trupiego frędzla piszczy kibitka flaczeje szmata jaskinia skóry zapala piernik wytworna płyta giganty fuksem filigran spłata waleczny morda górniczy opad rdzeniowa plama świetlista żmija kolejarz bosy histeria płytka kostka spalona wiosłami targa chytrość zmieszana wiązanie pyszałki białe potrzeba chyli a Sparta pluszcze w kwitnącym sporze gramotny paździerz zamyka zorze kilwater smukły rybaczki grucha paraliż płacze obmyty jutro upiekli smutny waleni kaftan zapłata kiwa hamuje kiszka polecieć można głupoty smutek zaplata tykwa poleśny szwargot zapada miska potylic kępy chutliwy kurnik dylemat znoju tubalny zapał wygięty jaskier pistacja gula facio racica padaczka trębacz jezioro linia puginał wygnie zamierzchły obraz podwaja czkawka wymoczki fąfle satrapa figle instrukcja posiew Guliwer druty zapyta komar Syjonu misa za trzepak zieje odwodnić kalambur.              

poniedziałek, 23 maja 2011

Cybulice Małe 2011-05-22


 Skąd bierze się zimowy stok? Co za drużba i co za służba na stole powalana słomiana zagroda?  Od kiedy to czas jest nam na rękę od. Od ręki płynący strumieniem wartkim niczym gęsty język smoły z taczki na płask? Alembik wzniesiony w geście. Strawa zimna z płaskiego szkarłatu w otchłań eskapistyczną z naszyjnikiem z gruch słomianych z kaparem na drodze spokojnie śpiącym. Alleluja in trata zbawienna obroża. Giwera zielona zakwita. Szparko ślimaki gęsiego, jedna za drugim jak smaki wanilii od mrozu świszczące. A Ona to spokój? Kto miesza spalone zmokłe kuranty na plaży z krzemyków przytlałej. Inna ta sprawa za inną. Towar za sprawą tą spływa z gulgotem. Widziałem spadali z nawisów zapalnych, od światła im było smoliście i dymno. Kiedyśmy spali nam drogę przeturlał. Kiedyśmy mali nam w głowę nalali. Zapała, piszczała wydłubał z naparstkiem zmielonym na grudy pieczystej amalgam. Zielona paleta smykałki dopieszcza. Co znaczy ruch śmigły od prądu wypiekły. Od zorzy do loży wypieka się gwarna, lukrowym michałkiem zabawia struchlała. I w duszny i w duszy i ducha nie trząście. Od słomy w kaloszach wyblakła powała. Komora zawarta w domysłach spijana wypukła poświata zmemłana jak glista. Smagłego serpenta jest klucha ta zgięta. Wybrzusza się drzewo wybrzusza się pięta. Zapada z łamagą zwyczajna poleczka. Lew grucha z paloną skowytką zmiennika. Fikuśna podwyżka. Zaklęta skowyczy. Zhańbiono jowialność z bezliku pustynia. Czy walczy? Za grudę zmęczoną spiekota? Spaliła waliła bez klapy zetliła. Wymazuj, wymazuj gladiator poziera. Gawędzi i kłapie na rynku w oborze. Zawijas jak spiętrzył  bystrością wykryty. Zabawny, wyborny dopada Was klekot. Widziałem go zgodnie, na pustki sposobie. Zabieram Ci spodnie wybierze gramotę. Odpadam w zalewie. Kaletnic balony. Wyprostuj fikoła z myślącą palonką. Wybija piguła, zapada muszkatu. Sekretny figularz dopada fajery.  Lipo ma lipo ma, Ty małpo z Bogoty. Co zjada frazesem pieszcząca histeria. Kilerem byś gryzła. Logiką rozmyła, wydobrzeć nie spała cholera przebrzydła. Jagoda gimnazja z pustkami w dotyku. Figura na klacie wyryta siodlarnia. Kuliła go droga. Widziadło pierwszemu. Linia spokoju indukcji gryczana. Figlarny pastorał wykrętny ubija, jak słowik Judei filigran wypryska. Dlaczego dopija? Kto smogi roztrzepie? Skąd widmo drabina szczeblami szarmancka? Spogląda gildia zmieciona dla klasy. Kwatera spowita w myśl drugiej odnogi. Piszczała jak gromy. Smuklejszy od szczapy. Wyprana kupały zmarszczona powała. Rzuć kluchę smakoszu, wyprasuj sandały. Zaklepuj wyborny dymiący kapelusz. Od skoku do ruchu w zadumie fiołek. Granaty czerwone w studzienny los wkrada. Pisz teraz do jamy wybranej od razu. Juraty pisklęta zwymyślaj od brzegu. Jam chórek. Skocznego mu nalej. Wyginaj patrosząc kuglarskie histerie. Masz klapę do grzywy. Znasz jurę wybrzeża. Odgarnij skaczący wyrostek pod znakiem. Wydmuchał, wydmuchał kolejność do bramy. Zielone skowyczą siedliska zmoczone. Figlują na drodze złocone piekary. Gdzie dziatwa gruchoce spokojny traf gryzie. Mieszkałem za fikcją strzepaną z kurtyny. Wieszałem zgnilizny pastewne figury. Zapłakać za płacić, od strzelić dandysa bez skrzypu z widłami pięknymi u brody. Więc zginaj jak flądra gdy palić pies kutwa. Kilonia palona na drzazgi historia. Od czego Gujana? Skąd Nakło do troci? Gdzie pada gargantuł ściskany od zmroku? On warczy jak lufa. On grucha jak refren. Co może to znaczy jem gleby zużyte. Wyklepuj zawczasu!         

niedziela, 22 maja 2011

Cybulice Małe 2011-05-22


Jest drzewo, zielone jasne okna wychodzące na wzgórzu porosłym blokami jak z kamienia zimnymi schodami z widokiem na spadochron. Miał grzywę czarną jak płatki śniegu. Myślał wolno i dokładnie rozdrabniając każdy kawałek. Skoczył i wzleciał i leciał tak do góry i do góry a potem znowu do góry odbił się od księżyca i poleciał jeszcze wyżej aż do Marsa Saturna i Jupitera. Czerwone światło zapaliło busz nad wyschniętym kortem świnie chrumkały zajadle o zwykłych sprawach tego świata o śmiertelnych i ich przywarach. Bogowie niewidzącymi oczami spoglądali na las rąk wyciągniętych z lamusa.
Wiatr śmiga pomiędzy falbanami surduta, splatał grzywy czarnym palcom zimorodków. Kolejna faza zmierzchu rozpoczęła się już po długim nocnym czuwaniu grupy paralityków. Miał duży garb przyczajony pod kolanem prawej nogi. Mało widoczny wzgórek z ogromnym potencjałem ważkich znamion objawienia skończonej głupoty. Od zawsze pracował nad zdobyciem misji do księżyca. Spajał grzmoty rażąc nimi po całym wąwozie. Górzyste pola skały sobie do oczy z powodu dawnych prac wykopaliskowych prowadzonych nocami przez lokalnego cyrulika zapamiętałego w swojej higienie pustostanów. Znał Zdziśka, Zdzisiek nie znał jego, obaj mieszkali w norze pdo torami kolejki szybkiego ruchu do Paryża. Wielki smok z piezoelektryczną zapalarką wbudowaną w zwinny palec spustowy, zawsze gotowy wypalić jak Filip z konopi. Zmienność faz słońca on nowiu do ziarna i chleba. Słony smak cukierków eukaliptusowych zanurzanych w beczce solonych śledzi złowionych w studni opactwa położonego w niecce dawnego wulkanu, dymiącego ciągle jeszcze nad stawem prześlicznej urody. Zawsze trzeba pamiętać o nogach zanurzonych w balii. Balia jak balia, nogi jak nogi rozpuszczające się powoli z dnia na dzień. Liczne ich zastępy posuwające się pełzająco na okrągłych brzuchach pokrytych cynfolią i pozłotkiem. O co Wam wszystkim chodzi. Czy nie dość że macie brzdąca na paski. Czy nie dość, że kluczyk do złotej skrzynki na listy w rękach listonosza mieni się tysiącem ocieni szkarłatu. Kto Wam dał prawo i kto wam zabrał lewo, skąd bierz się Wasz tępa siekiera zatknięta za ucho i powiewająca ponad domami i ulicami. Parkami i ogrodami, szklarniami, pustymi dziurami okien splatających swe ręce w geście niewymownej paplaniny strachu i radości, zimna i gruzłowatości. Co to za szpan, co to za co to. Kto ma dzisiaj czas żeby myśleć o czasie. Nawet punktualny tramwaj spóźnia się o całe stulecia, które w mgnieniu oka przebiegają obok nas w relatywistycznym chocholim tańcu z hołubcami. Kto ma klucz, kto zna szyfr, kto widział słonia z klapniętym uchem, strażnika kosmosu i torby z suchym chlebem. Gdzie jest koń, który czeka na tę torbę. Czy jego zęby tarnikowane regularnie błyskają w czarnej nocy Sahelu jak robaczki świętojańskie znanego naukowca i podróżnika? Dlaczego to dzierży palmę? Dlaczego palma odbiła? Spadaj na bambus mieszczuchu bez wyrazu i wyraźnego początku i wypośrodkowanego końca. Czas nas goni. My uciekamy w miejscu wyraźnie spoglądając na nocne niebo przebijające się przez chmury tego słonecznego popołudnia. Czy będzie padać? Czy podać Wam smołę i pierze, czy podać Wam beczkę miodu i rodzinę najprzedniejszych amazońskich mrówek, które zrobią wreszcie porządek z tą z piekła rodem bandą oberwańców i dystyngowanych arystokratów z przedmieść wielkiego miasta. Od kiedy to czarny ląd pokrywa gruby kożuch mlecznych nenufarów? Czy teraz wszystko musi już wpadać w czarną dziurę bez dna i brzegu.